Granit - czy naprawdę mniej
tajemniczy?
Andrzej Kiński
Pociski
rakietowe sowieckich okrętów podwodnych, tak balistyczne, jak i skrzydlate,
były jeszcze do niedawna otoczone szczelną zasłoną tajemnicy. Dopiero rozpad
imperium, odtajnienie wielu informacji, otwarcie archiwów i pojawienie się
niezależnej prasy specjalistycznej, częściowo zmieniło tę sytuację. Mniej
więcej od dekady znamy parametry techniczne większości z nich, dysponujemy ich
fotografiami i rysunkami. Paradoksalnie, najwięcej wiemy o najnowszych
konstrukcjach, prezentowanych wielokrotnie na rosyjskich i międzynarodowych
salonach uzbrojenia oraz na stronach wydawnictw promocyjnych. Czasy się
zmieniły i rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy musi - chcąc nie chcąc -
szukać przede wszystkim klientów zagranicznych. Najnowsze typy uzbrojenia
morskiego (i nie tylko) trafiają coraz częściej najpierw do odbiorców obcych.
Jest jednak nieliczna grupa środków bojowych, wiedza na temat których nadal
jest stosunkowo skromna, pomimo że zostały one wyprodukowane w setkach sztuk i
wprowadzone do uzbrojenia przed wieloma laty. Należą do nich m.in.
superkawitacyjna torpeda WA-111 Szkwał, czy rakietowy system
przeciwokrętowy P-700 Granit, o którym często ostatnio słyszymy przy
okazji informacji o atomowym okręcie podwodnym Kursk,
którego stanowił główne uzbrojenie. Do niedawna dostępne były jedynie
podstawowe informacje dotyczące jego rozwoju, niektórych charakterystyk, pewne
szczegóły techniczne. System ten okryty jest ścisłą tajemnicą, przede wszystkim
ze względu na rolę jaką odgrywał on (i w pewnym stopniu nadal odgrywa) w
ofensywnym potencjale rosyjskiej floty, choć w niemałym stopniu również ze
względu na unikalne cechy konstrukcji. Nic nie uzasadniało rozluźnienia tej
tajemnicy, ponieważ nie myślano (z wyżej wymienionych przyczyn) o eksporcie Granita,
zresztą nie byłby on nawet teoretycznie możliwy ze względu na zobowiązania
dotyczące nieproliferacji systemów rakietowych o zasięgu powyżej 300 km
przyjęte przez Rosję. Wydawało się, że rok 2001 stanie się przełomowym dla
naszej wiedzy o Granicie - na początku roku dopuszczone zostało do
publikacji jego pierwsze zdjęcie, potem zapowiadano prezentację na salonie
MAKS'2001. Do prezentacji nie doszło, pojawiły się za to kolejne zdjęcia Granita.
Niniejszy artykuł stanowi próbę ponownego zebrania wszystkich dostępnych
informacji o tym pocisku i ich konfrontacji z wiedzą (stan na początek
października 2001 r.), którą można uzyskać analizując fotografie. Niestety,
choć dysponujemy już wyraźnymi zdjęciami, nasza wiedza o pocisku wcale nie
stała się o wiele większa, pojawiają się za to nowe pytania... Zanim jednak
przejdę do omawiania nowo poznanych szczegółów konstrukcji pocisku, cofnę się
do lat 60.
W latach 60. w
ZSRS rozwijano równolegle dwie rodziny skrzydlatych pocisków przeciwokrętowych
odpalanych z okrętów podwodnych. Jedna z nich wywodziła się w prostej linii od
pocisku P-5, przeznaczonego do zwalczania celów na lądzie (w uzbrojeniu od 1959
r.). Jego rozwinięciem był pocisk P-6 (w linii od 1964 r.), pierwszy
przeciwokrętowy pocisk dla okrętów podwodnych (proj. 651 i 675). Z kolei
"młodszym kuzynem" P-6 stał się P-500 Bazalt (op proj. 675MK i
MU, krążowniki lotnicze proj. 1143,11433,11434, w linii od 1975 r.). Wszystkie
te pociski startowały z okrętu podwodnego znajdującego się w położeniu
nawodnym, miały prędkość naddźwiękową (P-6 - Ma 1,3; P-500 - Ma 2,5), a ich
skuteczne użycie było powiązane z koniecznością ciągłej kontroli lotu pocisku i
wprowadzania stosownych korekt, łącznie z wyborem zwalczanego celu lotu, na
podstawie obrazu radiolokacyjnego przekazywanego na nosiciel przez pocisk.
Możliwe było oczywiście odpalenie pocisków w trybie autonomicznym, ale ze
względu na zasięg i kąt obserwacji głowicy tryb taki nie zapewniał
zadowalających szans wykrycia celu, a dla osiągnięcia wyższego
prawdopodobieństwa trafienia należało odpalić większą ilość pocisków. Mimo, że
same pociski stawały się coraz doskonalsze, podobnie jak systemy wskazywania
celów i naprowadzania, ich mankamenty były podobnej natury. Cały system
rozpoznawczo-uderzeniowy był w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego w
niewielkim stopniu zabezpieczony od przeciw działania przeciwnika, opierał się
bowiem na samolotach Tu-95RC i śmigłowcach Ka-25RC (system MRSC-I Uspiech/Uspiech-U),
które łatwo można było zestrzelić oraz na wysuniętych posterunkach okrętowych
(okręty rozpoznawcze zakamuflowane na statki rybackie), równie prostych do
eliminacji. Bez informacji o celach, a przypomnę że P-6 miał zasięg ponad 350
km zaś P-500 ponad 500 km, w pełni efektywne użycie pocisków było niemożliwe -
pokładowe urządzenia okrętów nie były w stanie wykryć celów na takim dystansie.
Sytuacja ta zmieniła się dopiero na przełomie lat 60 i 70., w momencie
przyjęcia do uzbrojenia okrętów proj. 675 i 651 pasywnej, pozahoryzontalnej
stacji wykrywania celów Mołnija o zasięgu 150-350 km, ale i ona nie była
pozbawiona wad. Sam okręt podwodny, ze względu na konieczność korygowania lotu
pocisków, musiał pozostawać na powierzchni, co w oczywisty sposób demaskowałoby
całą akcję. Z drugiej jednak strony tylko ciężkie pociski odpalane z położenia
nawodnego dysponowały zasięgiem umożliwiającym wykonanie ataku na lotniskowiec
z granicy rubieży patrolowania obszaru przez myśliwce pokładowe, także ich
prędkość i zmienny profil lotu, ze stale obniżaną dolną granicą wysokości,
czyniły je celami trudnymi do zwalczania przez system OPL grupy okrętów, do
pojawienia się w połowie lat 70. myśliwców F-14 Tomcat z ich
wyrafinowanym systemem uzbrojenia AN/AWG-9 i pociskami Phoenix.
Dlatego też w
równolegle rozwijanej drugiej rodzinie pocisków przeciwokrętowych dla op
postawiono przede wszystkim na skrytość użycia i autonomiczność układu
naprowadzania. Skrytość zapewniał im start podwodny, który z kolei wykluczał
wówczas możliwość otrzymania informacji o celach z zewnątrz. Wykrywanie celów
spoczywało więc na środkach hydrolokacyjnych nosiciela, których zasięg nie
przekraczał kilkudziesięciu kilometrów. Ten parametr, a także ograniczenia
gabarytowo-masowe oraz wydajność ich układów napędowych (silniki rakietowe na
smp) ograniczały też zasięg samych pocisków. Najpierw sięgał on 70-80
kilometrów, w przypadku Ametysta (okręty proj. 670 i 661, w uzbrojeniu
od 1968 r.) oraz do 120-150 km u Malachita (przy prędkości
poddźwiękowej, przy niskiej naddźwiękowe - Ma 1,2 był niewiele większy jak u Ametysta,
podobnie przy locie na małej wysokości), przyjętego w 1974 r. (proj. 670M). Oba
typy pocisków miały radiolokacyjne głowice samonaprowadzania, w przypadku Malachita
jej uzupełnienie stanowił termonamiernik. Atomowe op wyposażone w pociski
taktyczne również nie mogły długo cieszyć się swobodą działania. Rozwój
zachodnich środków ZOP, a także okrętowych środków OPLrak. sprawił, że już w
połowie lat 70. ich efektywność znacznie zmalała. Paradoksalnie - modernizacja
starszych op z pociskami odpalanymi z położenia nawodnego (P-500 Bazalt,
potem P-1000 Wulkan) i współpracujących z kosmicznym systemem
wskazywania celów, dawała większe szanse na realizację postawionego zadania. W
perspektywie konieczne stało się posiadanie systemu uzbrojenia, który łączyłby
najlepsze cechy obu dotychczasowych gałęzi rozwojowych - a więc duży zasięg i
prędkość pocisków ze skrytością podwodnego startu i pełną autonomicznością
układu samonaprowadzania. Opracowano też nową koncepcję zastosowania uderzeniowych
okrętów podwodnych (ten termin pojawił się w ZSRS na początku lat 70.),
zakładającą użycie okrętu tylko jako platformy do przenoszenia i odpalania
maksymalnej ilości pocisków, a nie jako środka wykrywania celów i naprowadzania
rakiet. Obserwacja i naprowadzanie miały być realizowane nowymi, przede
wszystkim kosmicznymi środkami i być wspólne dla kilku systemów uzbrojenia
przeciwokrętowego dalekiego zasięgu, bazujących tak na okrętach podwodnych, jak
i nawodnych. Nad takim systemem pracowano już od 1961 r. i ostatecznie został
on przyjęty do uzbrojenia, jako MKRC-l Liegienda, w 1978 r. (więcej
patrz w nTW 10,11/00).
Pierwsze prace
nad nowym systemem o zasięgu operacyjnym, oznaczonym P-700 Granit
(pocisk 3M45) rozpoczęto w OKB-52 Władimira Cziełomieja, monopolisty w
projektowaniu pocisków przeciwokrętowych dla okrętów podwodnych, jeszcze w 1967
r. Wymagania taktyczno-techniczne dla systemu (a także podwodnego nosiciela)
zostały oficjalnie sprecyzowane w 1969 r ., a jego głównym konstruktorem został
Gierbert Jefremow. Zasięg pocisku miał wynosić nie mniej niż 500 km, prędkość
maksymalna zaś przekraczać 2500 km/h. Całkowitą nowością miał być autonomiczny
układ samonaprowadzania pocisku, nie wymagający wprowadzania jakichkolwiek
korekt poodpaleniu (zasada "odpal i zapomnij") i dopuszczający
strzelanie do celów, koordynaty których znane były tylko w przybliżeniu.
Oczywiście pocisk miał mieć możliwość dolotu różnymi trajektoriami,
charakteryzować się dużą odpornością na zakłócenia itp. W pierwszej fazie lotu
pociskiem kierować miał - według koordynat wprowadzonych przed startem z
systemu kierowania strzelaniem nosiciela - system inercyjny z okresowo
włączanym radiowysokościomierzem, potem kierowanie przejmować miał kombinowany,
aktywno-pasywny układ radiolokacyjnego samonaprowadzania (USN) opracowany przez
CNII Granit (gł. konstruktor. W.W. Pawłow), wysoce odporny na zakłócenia,
uzupełniany przez termiczną głowicę samonaprowadzającą. Ze względu na wymóg
uzyskania niezbędnej do rozpoznania celu na podstawie obrazu radiolokacyjnego
precyzji, stacja radiolokacyjna USN miała najprawdopodobniej pracować w
zakresie milimetrowym. Serce układu naprowadzania miał stanowić trzyprocesorowy
komputer. Wszystkie urządzenia związane z kierowaniem lotem pocisku i jego naprowadzaniem
miały charakteryzować się, po raz pierwszy w ZSRS w tej klasie uzbrojenia,
całkowicie cyfrową obróbką sygnału. Zachować miano zastosowaną już w Bazalcie
zasadę współdziałania pocisków salwy liczącej aż do 24 pocisków, w której jeden
leciał inną trajektorią (na dużej wysokości, pozostałe tuż nad falami),
prowadząc poszukiwanie celów. Po ich wykryciu i sklasyfikowaniu, pocisk-dowódca
przesyłać miał informację kodowanym łączem radiowym o ich koordynatach i
dokonywać miał rozdział zwalczanych celów (klasyfikacja na podstawie analizy
obrazu radiolokacyjnego i emisji elektromagnetycznej, łącznie ze
zsyntetyzowaniem sylwetki celu i porównaniem ze znajdującymi się w pamięci) do
lecących, nadal z zachowaniem reżimu ciszy radiowej, pozostałych pocisków. W wypadku
zniszczenia pocisku-dowódcy, jego miejsce zajmować miał kolejny. Taki tryb
ataku jest najbardziej racjonalny, gdy informacje o celu nie są dokładne lub
uaktualniane były stosunkowo dawno. Oczywiście, możliwy jest też lot całej
grupy pocisków na małej wysokości i włączenie aktywnych USN dopiero na ostatnim
odcinku lotu lub naprowadzanie wyłącznie w trybie pasywnym - taki wariant
wykorzystuje się gdy koordynaty i parametry ruchu celu są bardzo dokładne.
Profil lotu mógł być zmienny (wysoki-niski) i bardzo elastyczny (zmienny
podczas ataku), dostosowany do sytuacji i odległości od celu. W fazie ataku
trajektoria lotu każdego pocisku może być różna. Możliwe miało być wykonywanie
różnorodnych manewrów przeciwrakietowych, mylenie głowic przeciwrakiet za pomocą
pokładowej aparatury WRE (przede wszystkim pocisków Phoenix). Bloki USN
oraz głowica, miały także posiadać opancerzenie zmniejszające wrażliwość na
uszkodzenia bojowe.
Koordynaty celów
i parametry ich ruchu miały być wprowadzane do komputera pocisku z okrętowego
systemu kierowania strzelaniem rakietowym. Z kolei nosiciel informacje o celach
mógł zdobyć w trojaki sposób: za pomocą pokładowego systemu hydrolokacyjnego,
którego zasięg wykrycia dużego celu nawodnego (lotniskowiec-grupa uderzeniowa)
mógł przekroczyć nawet 300 km; poprzez wykorzystanie lotniczego systemu MRSC-l
(odbiór danych mógł nastąpić teraz także gdy okręt znajdował się w zanurzeniu -
na głębokości peryskopowej poprzez podnoszone anteny lub na głębokości 50-100
metrów, a także pod lodem, za pomocą anten holowanych) oraz z systemu
rozpoznania i wskazywania celów MKRC-l Liegienda - tę traktowano jako
zasadniczą.
Pocisk miał być
odpalany z nosicieli podwodnych (start nawodny i podwodny), jak i nawodnych.
Po
przeanalizowaniu wielu konfiguracji aerodynamicznych, zdecydowano się na
zastosowanie nowego dla OKB-52 układu konstrukcyjnego pocisku - dotychczas
wszystkie pociski przeciwokrętowe Cziełomieja miały układ samolotu-pocisku ze
składanymi skrzydłami i - w niektórych przypadkach - usterzeniem, w przypadku
pocisków napędzanych silnikami turboodrzutowymi z podkadłubowym wlotem
powietrza. Tym razem zdecydowano się na cylindryczny kadłub z centralnym wlotem
powietrza, osłoniętym kołpakiem odpadającym tuż po starcie. Kadłub -
ok.10-metrowy ma stosunkowo duży przekrój, wynoszący 1,2-1,3m wartość
0,85-0,88, podawana wcześniej wydaje się być celową dezinformacją. O większej
średnicy pocisku świadczą też zdjęcia otwartych wyrzutni i ich proporcje w
stosunku do pokryw, sądzę że ich wewnętrzna średnica z pewnością przekracza 1,5
m. Sprawa wymiarów pocisku wymaga jeszcze wyjaśnienia. Ciało centralne ma z
kolei średnicę rzędu 0,8-0,9 m, co umożliwia zamontowaniem w nim układu USN
bazującego na ówcześnie dostępnej bazie elementowej i antenie o średnicy
zapewniającej odpowiedni zasięg wykrycia celu, a także głowicy bojowej o
tradycyjnej konstrukcji (kumulacyjno-burząca, paliwowo-powietrzna) i
wystarczającej do rażenia celu masie - 750 kg In b jądrowej o sile 500kT (tu
oczywiście ograniczenia gabarytowo-masowe nie odgrywały roli). Wzrost gabarytów
spowodowany zwiększonym zapasem paliwa, ale także większą objętością bloków
elektroniki i układów jej chłodzenia, spowodował zwiększenie masy pocisku do
ok. 7 ton, w porównaniu do ok.5 ton Bazalta.
To jednak nie
koniec różnic w stosunku do rodziny P-5/P-6/P-500. Pocisku te miały skrzydła
skośne, o dużym kącie skosu, Granit za to posiada skrzydła w układzie
delta o znacznie mniejszej powierzchni. Może to świadczyć, że przez większą
część swego lotu poruszać się miał on z prędkością powyżej Ma 2.
Najprawdopodobniej (jest to nie do końca potwierdzona hipoteza brak zdjęć
"złożonego" pocisku) też skrzydła nie są składane, jak u wszystkich
wcześniej wzmiankowanych pocisków, ale częściowo chowane w kadłub.
Usterzenie także
posiada inny układ - wcześniejsze pociski miały usterzenie lotnicze (np. Bazalt
typu Rudlickiego), zaś Granit - rakietowe, w układzie „+”. Powierzchnie
sterowe są natomiast składane (domniemany sposób składania skrzydeł i
usterzenia pokazuje rysunek). Nie ma pewności czy są to jedyne elementy
wykonawcze systemu sterowania, nie można wykluczyć istnienia lotek, czy
interceptorów na skrzydłach, ani też jakiejś formy sterowania gazodynamicznego
niestety, nie znamy konstrukcji dyszy.
Pocisk 3M45 w
czasie lotu napędza silnik turboodrzutowy KR-93 (gł. konstruktor. S.A.
Gawriłow). Ostra krawędź wlotu powietrza i mocno wysunięty dyfuzor wlotowy (z
pewnością nieregulowany) zdecydowanie świadczą o przystosowaniu do wysokich
prędkości lotu. To też z pewnością wpłynęło na duże zużycie paliwa i niezbędny
wzrost jego zapasu. Jeśli chodzi o silnik startowy jest to silnik rakietowy na
stały materiał pędny (NPO Iskra, gł. konstruktor. Ł.N. Ławrow) o dosyć ciekawej
konstrukcji - ma on średnicę większą niż kadłub pocisku (ok.l,5 m?) i otacza
jego tylną część, prawdopodobnie jest też częściowo zagłębiony w dyszy silnika
marszowego. Duże wymiary silnika startowego/przyspieszacza wynikają z faktu, że
musi on w bardzo krótkim czasie rozpędzić 7-tonowy pocisk do prędkości powyżej
Ma l, niezbędnej do stabilnego funkcjonowania silnika marszowego.
Przy okazji
omawiania napędu należy wrócić do kwestii zasięgu pocisku, najczęściej
spotykana wartość to 550 km, spotyka się też jednak liczbę 700 km. Nie wiadomo
jednak jakiego profilu lotu (np. nisko-nisko - 550 km, wysoko-nisko - 700 km)
one dotyczą, a także jakich prędkości lotu. Min. odległość od celu wynosi 20
km. Odpalenie pocisków może nastąpić na głębokoŚci maks. rzędu 30-50 metrów. Co
ciekawe, w przypadku okrętu podwodnego odpalającego pociski w położeniu
nawodnym, jak i jednostek nawodnych, start pocisku był "mokry", tzn.
przed odpaleniem wyrzutnia musiała zalać wodą. W przypadku op nie budzi to
zdziwienia, inaczej jest w przypadku krąŻowników rakietowych - jak się okazuje,
z braku czasu, nieznacznie zmodyfikowane wyrzutnie zastosowano na okrętach
podwodnych proj. 949, o indeksie SM-233!
Pierwsze próby w
locie pocisku 3M45 przeprowadzono w listopadzie 1975 r., wówczas odpalano je z
naziemnych stanowisk doświadczalnych. Próby państwowe systemu rozpoczęto w 1979
r., w 1981 r. kontynuowano je na pierwszych nosicielach - krążowniku Kirow
i okręcie podwodnym K-525 Mińskij Komsomolec, ostatecznie system
przyjęto do uzbrojenia dopiero w sierpniu 1983 r., a więc po ponad 15 latach od
rozpoczęcia pierwszych studiów nad jego konstrukcją.
Otwarta
pozostaje sprawa następcy Granita. Biorąc pod uwagę dotychczasową
praktykę wydaje się, że prace nad nim rozpoczęły się pod koniec lat 70., a do
uzbrojenia powinien najpóźniej wejść w połowie lat 90. (nawet biorąc pod uwagę
stan kompleksu wojskowo-przemysłowego Rosji). Z posiadanych informacji wynika,
że nie jest to zupełnie nowa konstrukcja, ale wersja rozwojowa Granita,
skonstruowana w oparciu o nowsze technologie, tak pod względem układów elektronicznych,
jak i napędu. Miał on zachować osiągi poprzednika przy mniejszej masie i
krótszym kadłubie (długość ok.6 metrów, średnica 1,2 m). Pocisk miał być
dostosowany do odpalania z wyrzutni takich samych jak pocisków 3M45. Z nowym
systemem można wiązać nazwę Bolid, która pojawiła się kilkakrotnie na
łamach rosyjskiej prasy w pierwszej połowie lat 90. Zasadnicze wymagania dla
systemu miały pozostać takie same, co jednak ciekawe zwiększyć miano jego
uniwersalność - poza wersjami okrętowymi, miano opracować jego wariant
lotniczy. Status Bolid a nie jest jasny, nie ma potwierdzenia jego
wprowadzenia do uzbrojenia. Pewnym potwierdzeniem prowadzenia jego prób były
pogłoski o możliwym przezbrojeniu okrętów podwodnych proj. 949A, być może
chodziło właśnie o Bolida? Nie można także wykluczyć, że część nowszych
jednostek tego typu jest w Bolidy uzbrojona. Niemniej w przypadku Kurska,
który do służby został wprowadzony w 1995 r. cały czas wzmiankowany jest tylko
Granit, podobnie jak i przy okazji krążownika Pietr Wielikij. Nie możemy
jednak wykluczyć, że i w tym przypadku chodzi o dezinformację i okręty te
faktycznie dysponują Bolidem, tym bardziej, że podwodne nosiciele pocisków
operacyjnych do zwalczania lotniskowców nadal odgrywają kluczową rolę w
doktrynie rosyjskiej floty i wydaje się, że także proces doskonalenia ich
systemów uzbrojenia powinien mieć priorytetowe znaczenie. W każdym razie
następcą Granita z pewnością nie będzie Oniks
- jest to bardzo wyrafinowany, ale jednak taktyczny system uzbrojenia. Jego
zasięg jest zbyt mały (ok. 300 km), a głowica bojowa zbyt mało skuteczna
(konwencjonalna o masie ok. 200 kg) by myśleć o wyeliminowaniu z walki
lotniskowca. Wydaje się jednak wysoce prawdopodobne, że na prawdę o następcy Granita
przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka lat, biorąc pod uwagę czas jaki musiał
upłynąć od wprowadzenia do uzbrojenia pocisku 3M45 do momentu opublikowania
jego pierwszej, wyraźnej fotografii. Z pewnością nie pomoże nam w rozwiązaniu
tej łamigłówki wydobycie wraku Kurska - do jego wraku dziennikarze nie
będą mieli dostępu, tak więc tajemnica jego głównego uzbrojenia może pozostać
nie odkryta jeszcze przez wiele lat.