Kompleks pasywnego rozpoznania radiotechnicznego
Kolczuga
Tomasz Szulc
Znacznie
wcześniej zanim wywiad dostarczył informacji o prowadzonych w Stanach
Zjednoczonych pracach nad samolotami o obniżonej wykrywalności radiolokacyjnej,
w ZSRR pracowano nad sposobami wykrywania samolotów przeciwnika bez pomocy
stacji radiolokacyjnych. Korzenie nieradiolokacyjnych metod wykrywania
samolotów tkwią głęboko w przeszłości. Już wkrótce po szerszym rozpowszechnieniu
się lotnictwa w wielu krajów skonstruowano akustyczne namierniki, mające ze
znacznej odległości wykrywać hałas silników lotniczych. Z kolei u schyłku lat
30. ubiegłego wieku, a więc w momencie pojawienia się w armiach świata
pierwszych stacji radiolokacyjnych, pojawiły się urządzenia przeznaczone do ich
lokalizacji na podstawie emitowanych przez nie fal elektromagnetycznych.
W latach 40. xx
wieku radary wydawały się idealnym środkiem wykrywania celów powietrznych, ale
nadal niemałe środki przeznaczano na poszukiwanie innych metod wykrywania
samolotów przeciwnika. Szczególnie zauważalne było to w ZSRR, gdzie tuż po
wojnie uzmysłowiono sobie fakt słabości własnego lotnictwa obrony powietrznej i
konieczności wspierania go silną obroną przeciwlotniczą wojsk i terytorium
kraju. Dlatego też doskonalono np. zdobyte na Niemcach termopelengatory,
rozwijano również systemy radiopelengacji - czyli namierzania radiostacji,
pracujących na pokładach wrogich samolotów. W tej ostatniej metodzie korzystano
z metody triangulacji, czyli precyzyjnego porównywania kierunku namierzania
sygnałów przez dwa (lub więcej) pelengatory. Jeśli położenie odbiorników było
wystarczająco precyzyjnie określone, to ze sporą dokładnością można było
określić, w jakim punkcie przecinają się wektory kierunku na nadajnik. Udawało
się w ten sposób skutecznie namierzać naziemne źródła promieniowania
elektromagnetycznego, ale podobnej efektywności wobec samolotów nie osiągano,
choćby z racji ich szybkiego przemieszczania się, zmiany wysokości oraz
nieregularnego charakteru emisji radiowej, którym nie były w stanie sprostać
ówczesne, bardzo jeszcze prymitywne urządzenia rejestrująco-analizujące.
Nowe możliwości
stworzyło upowszechnienie się na pokładach samolotów stacji radiolokacyjnych,
stosowanych do nawigacji i celowania. Emisję promieniowania mikrofalowego
potrafiono rejestrować już w latach 40., kiedy pojawiły się pierwsze samolotowe
i okrętowe stacje ostrzegawcze. Wystarczyło połączyć ideę triangulacji i
odpowiednio udoskonalone detektory promieniowania mikrofalowego, żeby uzyskać
urządzenie, zdolne do określania położenia pracującego radiolokatora w
przestrzeni.
Jak dotąd nie
opublikowano informacji na temat pierwszych tego typu urządzeń opracowanych w
ZSRR, znacznie więcej natomiast wiadomo o takiej aparaturze, skonstruowanej i
produkowanej w Czechosłowacji. Pasywny sposób lokalizacji źródeł promieniowania
elektromagnetycznego opatentował tam pod koniec lat 50. inż. Vlastimil Pech, a
jej istotą było wykorzystanie metody chronometryczno-hiperbolicznej oceny
różnic w czasie docierania do trzech odbiorników sygnału z nadajnika (różnice
czasowe w docieraniu do każdego z odbiorników impulsu, pochodzącego z
lokalizowanego nadajnika definiują jednoznacznie krzywe hiperboliczne, na
przecięciu których znajduje się źródło emisji). Była to w pewnym sensie
odwrotność działania systemów radionawigacyjnych (np. LORAN), gdzie odbiornik znajduje
się na pokładzie samolotu i przetwarza sygnały z kilku naziemnych nadajników. Problem
stanowiło odpowiednio szybkie przetwarzanie uzyskanych danych. Gdy jednak
skonstruowano aparaturę obliczeniową, której bloki zawierały po kilkaset lamp
elektronowych, można było stworzyć pierwsze polowe urządzenie do lokalizacji
radiolokatorów. Otrzymało ono nazwęPRP-1 Kopac
(skrót PRP - presny radio1okacni patrac, to po polsku "precyzyjny szperacz
radiolokacyjny", a Kopac, to
korelacni patrac, czyli "szperacz korelacyjny") i wprowadzono je do
służby na początku lat 60. Składało się z trzech samochodów z odbiornikami i
pojazdu z aparaturą obliczeniową i obrazującą sytuację taktyczną. Umożliwiało
zmierzenie różnic czasowych w odbiorze sygnału z dokładnością 100 nanosekund! Po
Kopacu pojawiła się doskonalsza Ramona, a w latach 80. - zaopatrzona we
w miarę nowoczesne komputery - Tamara
(i podzespoły elektroniczne produkowało podobno dla niej nieistniejące już
wrocławskie ELWRO). Ramona pozwalała
na równoczesne śledzenie 20 samolotów, Tamara już 72, a analiza odebranych
sygnałów dawała szansę na rozpoznanie typu urządzenia, a więc określenia z
większym lub mniejszym prawdopodobieństwem, jaki typ samolotu jest obserwowany.
Brak danych o rzeczywistej dokładności i niezawodności czeskich urządzeń tego
typu, ale wiadomo, że ok. 50 zestawów dostarczono krajom należącym do Układu Warszawskiego,
w tym do Polski.
Można
domniemywać, że Kopace i Ramony trafiły także do ZSRR, choćby w
celu porównania z własnymi konstrukcjami. A te były nie tylko produkowane, ale
i eksportowane, także do Polski, gdzie nosiły kodowe oznaczenie Marek. Były to
"machiny" dość duże - każdy odbiornik składał się z samochodu ZiŁ-157
furgon, przyczepy z rozkładaną anteną i elektrogeneratora AD-10T/230 na
trzyosiowym KrAZie-214. Oprócz trzech takich zespołów w skład systemu wchodziły
środki łączności i stanowisko przetwarzania danych z własnym źródłem zasilania.
Według dostępnych informacji w Polsce eksploatowano przynajmniej jedno takie
urządzenie, które było poddawane systematycznym modernizacjom. W wariancie Marek-2MP z końca lat 80. było w stanie
namierzać stacje radiolokacyjne pracujące w zakresie częstotliwości od 7,5 cm
wzwyż, w tym radary systemu plot. Patriot.
W latach 80.
miniaturyzacja podzespołów elektronicznych w ZSRR poczyniła postępy i udało się
zredukować liczbę pojazdów, tworzących zespół. Antenę zamontowano na dachu
furgonu, który holował przyczepę z agregatem Prądotwórczym.
Kolejny etap
modernizacji polegał na instalacji dodatkowej pary anten parabolicznych oraz
dwóch anten dipolowych, odbierających sygnały o najniższej częstotliwości.
Główna antena odbiorcza o bardzo dużych rozmiarach umożliwiła odbiór słabych
lub bardzo odległych sygnałów oraz zawężenie przestrzennego zakresu
przeszukiwania, co jeszcze zwiększyło zasięg stacji. Oznaczało to w praktyce,
że zaistniała możliwość pracy w dwóch trybach: dalekiego zasięgu przy wąskim
polu obserwacji i bliskiego zasięgu przy szerokim polu. Stacja ta otrzymała
nazwę Kolczuga i podobno przyjęto ją
na wyposażenie Armii Radzieckiej w 1989 r. Niedawno ujawniono, że kompleksy
tego typu eksportowano jeszcze za czasów ZSRR, ale informacja ta nie została
oficjalnie, ani nawet pośrednio potwierdzona.
Gdy w 1991 r.
rozpadł się Związek Radziecki, zakłady Topaz, produkujące Kolczugi, zlokalizowane w Doniecku znalazły się na terytorium
Ukrainy. Ich produkcję prawie natychmiast wstrzymano z braku zamówień i
komponentów, dostarczanych m.in. z Rosji i Mołdawii. We współpracy z Instytutem
Kompleksowej Automatyzacji podjęto natomiast prace nad modernizacją Kolczugi,
mające zwiększyć jej niezawodność i precyzję działania. Między innymi
wymieniono kilkadziesiąt modułów wzmacniaczy na nowe, niskoszumowe typu
ELU-0105, 0720, 1540, produkcji firmy ELSIS z Połtawy, dzięki czemu wzrosła
czułość i precyzja pomiarów. Zastosowano także elektroniczne komponenty
kupowane na rynku komercyjnym (np. monitory Samsunga) i standardowe
oprogramowanie (środowisko Windows). Zrezygnowano równocześnie z
dotychczasowego nośnika samochodu Urał-4320 na rzecz ukraińskiego KrAZa-260.
Pojazd o znacznie większej nośności (9 ton w porównaniu z 6 ton Urała) zastosowano
zapewne z konieczności, na Ukrainie nie produkowano po prostu bardziej
odpowiednich ciężarówek. Stworzyło to jednak możliwość zainstalowania na
samochodzie dodatkowego wyposażenia. Tak udoskonalona aparatura otrzymała nazwę
Kolczuga-M i została w 1998 r.
zaoferowana na eksport.
Nieco później
podobne, tyle że nowocześniejsze urządzenie zaprezentowała Rosja. Jest ono
dziełem instytutu Specradio z Biełgorodu, a produkcję podjęły Zakłady
Mechaniczne w Ulianowsku. Nosi oznaczenie 85W6-A Orion, ma mniejszy moduł anten
odbiorczych (anteny zakresu 2-18 GHz są obrotowe, a dipolowe - zakresu 0,2-2,0
GHz - nieruchome), unoszony na sporą wysokość na podobieństwo rozwiązań
czeskich. Trzy Oriony ze stanowiskiem
dowodzenia tworzą kompleks Wega,
podobny funkcjonalnie do Kolczugi.
Czesi nie zasypiają także gruszek w popiele. Najpierw skonstruowali pasywną
aparaturę kontroli ruchu powietrznego o zastosowaniu cywilnym i wojskowym -
nosi ona nazwę Vera. Najnowszym
produktem spadkobiercy pardubickiej Tesli - firmy ERA jest wielofunkcyjny
kompleks BORAP - mniejszy, lżejszy i dokładniejszy od wszystkich poprzednich.
Ostatnio
największą popularność na świecie zyskała ukraińska Kolczuga (z litery "M" w międzyczasie zrezygnowano).
Podobno firma Ukrspeceksport była gotowa sprzedawać ją zainteresowanym krajom
Trzeciego Świata za stosunkowo niewielkie pieniądze (ok. 25 mln za kompleks).
Odbiorcami miały być: Jordania, Syria, Etiopia i Pakistan, a być może także
objęty embargiem Irak. Orientacja eksportu na Bliski Wschód jest niewątpliwa,
jedyny raz prezentowano Kolczugę za
granicą na targach SOFEX'2000 w Ammanie, stolicy Jordanii. Władze ukraińskie
twierdzą, że wyprodukowano dotąd cztery kompleksy, z których 3 znajdują się w
Etiopii (sprzedane z pomocą jordańskiego, a może także... izraelskiego
pośrednika - firmy LR), a jeden pozostaje na Ukrainie. Niedawno władze Etiopii
oficjalnie potwierdziły, że dysponują trzema Kolczugami. Tymczasem rząd USA
oświadczył, że w posiadanie Kolczug wszedł Irak, co stanowi ogromne zagrożenie
dla amerykańskiego lotnictwa, patrolującego strefy zakazu lotów nad Irakiem i
wykonującego loty rozpoznawcze nad całym terytorium tego kraju. Co ciekawe,
jeszcze pod koniec 1997 r. media amerykańskie wszczęły wrzawę o zawartej jakoby
między Czechami a Irakiem umowie, dotyczącej zakupu pięciu kompleksów Tamara (po 75 mln. USD). Warto
przeanalizować, jakie możliwości ma Kolczuga
i dlaczego tak niepokoi jedyne dziś supermocarstwo.
Kolczuga jest nazywana przez producenta "pasywną stacją monitorowania
środowiska radioelektronicznego". W rzeczywistości jest to kompleks pasywnego
wykrywania i analizy impulsowych i ciągłych sygnałów, pochodzących ze źródeł
promieniowania mikrofalowego, emitowanego w zakresie 0,1-18 GHz. Umożliwia
rozpoznanie praktycznie wszystkich znanych środków radiotechnicznych,
pracujących w zakresie metrowym, decymetrowym, centymetrowym i umieszczonych na
statkach powietrznych, pojazdach i okrętach. Mogą to być radiolokatory
nawigacyjne, wykrywania celów, komponenty systemów kierowania uzbrojeniem,
interrogatory IFF, systemy kierowania ruchem powietrznym i zautomatyzowane
systemy nawigacyjne. W zakresie analizowanych częstotliwości mieszczą się
kanały łączności lotniczej, satelitarnej, radioliniowej oraz transmisji danych
(tzw. datalink). Aparatura odbiorcza składa się czterech zespołów antenowych o
wąskim i szerokim kącie odbioru. Są to trzy anteny z reflektorami
parabolicznymi (w tym dwie bliźniacze, sprzężone fazowo dla wzmocnienia
sygnału), dwie dipolowe typu logarytmiczno-periodycznego i jedna pod
prostopadłościenną osłoną dielektryczną. Główna antena ma rekordowo duży
reflektor paraboliczny, a zespół jej anten odbiorczych może być zapewne
synchronicznie przełączany, co może służyć zmianie kąta elewacji odbieranych
impulsów. Anteny dipolowe są na zdjęciach Kolczug
umieszczone w różnych miejscach i pod różnym kątem do powierzchni ziemi, co
dowodzi nieustających prób poprawy ich efektywności. Generalnie jednak dominuje
położenie poziome (przy poziomej polaryzacji sygnału zysk anteny może być
większy nawet o 20 d B i znacznie łatwiej precyzyjnie lokalizować źródło
sygnału). Wszystkie zespoły anten są zamontowane na wspólnej, obrotowej
podstawie, dzięki czemu stacja może wykrywać obiekty w zakresie 360° w poziomie
(zakresu pionowego nie ujawniono). Anteny są automatycznie składane na dach
furgonu, w którym znajduje się komplet aparatury z równoległym odbiornikiem,
umożliwiającym błyskawiczne wykrywanie i analizowanie sygnałów w całym zakresie
częstotliwości oraz stanowisko operatora. Furgon jest hermetyczny, dysponuje
ogrzewaniem, klimatyzacją i aparaturą filtrowentylacyjną. Obsługa stanowiska ma
liczyć 7 osób, w tym 3 operatorów, pracujących na zmianę przy jednym
stanowisku.
Pojedyncza
stacja jest w stanie wykryć źródło promieniowania, określić jego azymut i
przeprowadzić analizę sygnału, którego 40 cech charakterystycznych jest porównywanych
z biblioteką, zawierającą do 1000 skatalogowanych źródeł. Dzięki temu uzyskuje
się co najmniej 90% pewność właściwej identyfikacji emitującego sygnał
urządzenia. Aparatura jest nadzwyczaj czuła, umożliwia wykrywanie sygnałów
słabszych od poziomu tła nawet o 145 dB/W o dynamicznej rozpiętości do 60 dB.
Akustyczno-optyczny, sterowany cyfrowo odbiornik do szczegółowej analizy pozwala
na zastosowanie filtracji 0,5-50 MHz. Każda stacja ma swój odbiornik GPS dla
precyzyjnego topodowiązania, zebrane informacje może przekazywać drogą
przewodową, radiową lub radioliniową. Niektóre źródła podają, że dysponuje
także interrogatorem systemu IFF, ale jego użycie niweczyłoby największą zaletę
stacji - jej całkowicie pasywne, a więc niemożliwe do wykrycia przez
nieprzyjaciela działanie. Producent twierdzi, że stacja jest w pełni
autonomiczna, czyli ma wbudowane źródło zasilania o mocy 8 kW. Podczas targów
SOFEX podawano natomiast, że wysokoprężny zespół prądotwórczy o mocy 16 kW jest
zainstalowany na przyczepie, służącej także do przewozu na większe odległości
zdemontowanych anten.
Pełne możliwości
kompleksu są osiągane po sprzęgnięciu ze sobą trzech stanowisk antenowych i
centralnego stanowiska przetwarzania informacji. Stanowiska antenowe są
umieszczane w odległości 60 km od siebie (frontem do prawdopodobnego kierunku
pojawienia się nieprzyjaciela) i są w takim układzie w stanie kontrolować pas
szerokości 1000 km. Zastosowanie metody triangulacji umożliwia nie tylko
detekcję i rozpoznawanie źródeł emisji, ale i ich dość precyzyjną lokalizację -
określa współrzędne z dokładnością nie mniejszą niż 1% wskazania. Mimo
powtarzających się w opisach Kolczugi informacji o zastosowaniu w niej metody
triangulacji, metody chronometryczno-hiperbolicznej oraz kombinowanej
(producent nigdy tego nie sprecyzował) nie można wykluczyć, że w rzeczywistości
jest stosowana jedynie najprostsza i najmniej dokładna metoda triangulacji. Na
rzecz takiej ewentualności może przemawiać wymagane znaczne oddalenie stanowisk
odbiorczych od siebie, dwukrotnie większe niż w np. w przypadku urządzeń
czeskich i rosyjskich Na elektronicznej mapie terenu kompleks może zobrazować równocześnie
do 30 tras celów ruchomych i śledzić je w trybie automatycznym lub ręcznym.
Maksymalny
zasięg stacji, wynoszący 600 km może być wykorzystywany głównie do wykrywania
celów powietrznych, lecących na znacznych wysokościach. Producent podaje przy
tym, że po zastosowaniu jeszcze nowszych wzmacniaczy niskoszumowychELU-4080,
80120 i 120180 maksymalny zasięg wykrywania celów na bardzo dużych wysokościach
(np. samolotów rozpoznawczych klasy U-2 czy M-55) wzrośnie do 800 km.
Niezależnie od
sugestii producenta, pełny etat kompleksu obejmuje relatywnie dużo pojazdów. Są
to trzy stacje z zespołami antenowymi (z przyczepami?), stanowisko
przetwarzania danych oraz pojazdy z aparaturą łączności (gdy jest to
najsprawniejsza łączność radioliniowa musi to być 6 pojazdów z przyczepami).
Dalsze zwiększenie skuteczności działania kompleksu można osiągnąć włączając
weń stację rozpoznania radioelektronicznego, pracującą na niższych
częstotliwościach. Mogą to być rosyjskie stacje KR-KW (zakres 1,5-30 MHz) i
85W6- W (zakres 30 -1700 MHz) lub ukraińska Liman (225-400 i 9601215 MHz). Co
ciekawe, najnowsza wersja stacji 85W6-W ma dodatkowy sufiks 3D i także używa
metody triangulacji dla precyzyjnej lokalizacji źródeł emisji. Wszystkie te
stacje są produkowane przez te same zakłady, które wytwarzają Kolczugę i Oriona, zajmujące się także produkcją kompleksów walki
radioelektronicznej. Ujawniono dotąd cały szereg stacji zakłócania, które mogą
działać w oparciu o informacje, dostarczane z radiopelengatorów (np. SPN-2,
SPN-3, SPN-4, SPN-30, lŁ234, 241 i in.).
Bezdyskusyjnym
atutem Kolczugi jest działanie
pasywne, bez ujawniania swej aktywności emisją promieniowania mikrofalowego.
Umożliwia to - przynajmniej w teorii - wykrycie i śledzenie celów powietrznych,
które zostaną ostrzeżone o wykryciu dopiero po uruchomieniu radiolokacyjnych
środków naprowadzania uzbrojenia (jeśli zwalczać je będą zestawy
przeciwlotnicze naprowadzane za pomocą układów optronicznych, to cel w ogóle
nie będzie miał czasu na podjęcie działań obronnych). Za pomocą kompleksu jest
możliwe także wykrywanie samolotów o zmniejszonej sygnaturze radiolokacyjnej.
Jest to oczywiste w przypadku użycia przez nie jakichkolwiek urządzeń
radiolokacyjnych. Być może da się je także zlokalizować na podstawie emisji
aparatury łączności kierunkowej (satelitarnej i łącz danych). Trudne do
potwierdzenia i raczej niezbyt realne wydają się sugestie, jakoby dało się
dzięki Kolczudze rejestrować tak
słabe źródła promieniowania elektromagnetycznego, jak pokładowa aparatura
elektryczna samolotów. Nawet jednak bez tego możliwości kompleksu są spore.
Pasywny
radionamiernik nie jest jednak cudowną bronią - absolutnie skuteczną i
niepokonaną. Tak jak wszystkie urządzenia, zaopatrzone w rozbudowane zespoły
anten, jest trudny do ukrycia i podatny na uszkodzenia. W sytuacji, gdy znaczna
część samolotów uderzeniowych dysponuje optronicznymi urządzeniami wykrywania
celów i precyzyjnym uzbrojeniem powietrze-ziemia, zniszczenie stacji antenowych
Kolczugi nie powinno przedstawiać trudności. A wystarczy zniszczenie jednej z
trzech, aby kompleks stracił swą precyzję.
Z pewnym
uproszczeniem można przyjąć, że zastosowanie Kolczugi zwiększa znacząco
wydolność rozbudowanej struktury obrony przeciwlotniczej, bez niej Kolczuga
znaczy niewiele. Może być ona bardzo użyteczna do ujawniania pojedynczych
samolotów rozpoznawczych, trudno wykrywalnych dla radarów oraz do ostrzegania o
zbliżaniu się pierwszej fali samolotów uderzeniowych przeciwnika bez
uprzedzenia tych ostatnich, że już zostały wykryte. Na Światowym rynku są
jednak dostępne nie tylko Kolczugi, ale aparatura czeska oraz rosyjska, jeśli
nie liczyć nieco starszych urządzeń, możliwych do zakupienia "z drugiej
ręki" - nie od producenta, ale od obecnego użytkownika. Ewentualna ich
obecność w Iraku jest bardziej problemem politycznym, niż techniczno-militarnym.
Nawet bowiem z Kolczugami iracka obrona przeciwlotnicza, zdziesiątkowana w 1991
r, a już w owym czasie niezbyt nowoczesna, nie jest w stanie zagrozić
alianckiemu lotnictwu. Niezależnie od tego każde naruszenie ONZ-owskiego
embarga na dostawy broni do jakiegokolwiek kraju jest godne potępienia. W tym
konkretnym przypadku wydaje się jednak, że sprawa jest nadmiernie rozdmuchana
przez administrację amerykańską, co, być może, ma służyć nie tylko izolacji
reżimu Husseina.