Rosyjskie lotnicze rakiety
przeciwokrętowe
Cz.I
Tomasz Szulc
Analizy przebiegu drugiej wojny światowej, przeprowadzone w ZSRR zaraz po jej
zakończeniu, dowiodły, że najmniej efektywnym rodzajem radzieckich wojsk była
marynarka wojenna. Wyniki jej działań okazały się niewspółmierne do nakładów,
poniesionych na budowę floty, Marynarka nie wpłynęła istotnie na sukces żadnej
z kampanii, tracąc równocześnie większość dużych okrętów.
Wobec słabości przemysłu stoczniowego, wysokich kosztów budowy okrętów oraz
długiego czasu ich wprowadzania do służby (od postanowienia o budowie do
podniesienia bandery upływało w przypadku dużych jednostek nieraz i 10 lat)
poszukiwano alternatywnych sposobów stworzenia przeciwwagi dla flot potencjalnych
przeciwników, czyli Stanów Zjednoczonych
i Wielkiej Brytanii.
Wiele zrobiono w zakresie rozbudowy lotnictwa
morskiego bazowania lądowego, którego głównym zadaniem
miało być utrzymywanie wrogich okrętów z dala od własnych brzegów. Oprócz
wprowadzania do służby nowych typów samolotów (łodzie latające Be-6,
torpedowo-bombowe odrzutowce Tu-14, a wreszcie morskie wersje bardzo udanego
bombowca Tu-16) rozwijano także nowe, skuteczniejsze uzbrojenie przeciwokrętowe,
a przede wszystkim broń kierowaną. Prace nad nią podjęto jeszcze w 1935 r.,
kiedy konstruktor S. Wałk przystąpił do budowy
„skrzydlatych torped” PT, naprowadzanych na odległość do 30 km
w wiązce podczerwonej urządzenia Kwant. Prace
nad nimi przerwano w 1940 r., na etapie prób rozrzutu i celności (po
rozwiązaniu większości problemów technicznych). Do tematu powrócono zaraz po
zakończeniu wojny, opierając się w dużej mierze na efektach niemieckich prac,
które wpadły w ręce wojsk radzieckich w postaci dokumentacji, komponentów,
gotowych wzorów uzbrojenia, a nawet naukowców, pracujących nad tego rodzaju
sprzętem. Niemcy opracowali i z powodzeniem zastosowali dwie grupy takiego
uzbrojenia: bomby kierowane oraz kierowane rakiety powietrze-woda. Wprawdzie
bomby kierowane wydawały się bardziej atrakcyjne za sprawą ich zaawansowania,
ale w ZSRR skoncentrowano się na broni rakietowej, czego wyrazem była uchwała
rządu z 13 maja 1946 r., zgodnie z którą najwyższy
priorytet uzyskały wszelkie odmiany uzbrojenia rakietowego.
Prace nad rakietami powietrze-woda odwlekły się nieco, gdyż koordynować je miało
ministerstwo przemysłu lotniczego, a dokumentację i egzemplarze jedynej,
produkowanej w Niemczech masowo rakiety tego typu - Hs-293A przekazano... ministerstwu maszyn rolniczych. Nie było to, wbrew pozorom,
absurdem, gdyż w tym ministerstwie zgrupowano prawie wszystkie zakłady
produkujące amunicję, a niemiecka rakieta była nazywana „szybującą torpedą
rakietową", co uzasadniało zaliczenie jej do amunicji, a nie do pocisków
skrzydlatych. Biuro konstrukcyjne KB-2 tego ministerstwa przygotowało próby
lotne Hs-293 dopiero latem 1948 r., z wykorzystaniem specjalnie zmodernizowanego
bombowca Tu-2D. Spośród 24 wystrzelonych rakiet tylko 3 trafiły w cel, co w
pełni uzasadniło tezę o bezzasadności podejmowania produkcji rakiet tego typu.
Zwracano jednak uwagę na mały zasięg pocisku
(ok. 15 km), prymitywny układ sterowania (zamiast steru kierunku manewrowano
przechyłem) i zupełnie anachroniczny, skomplikowany silnik rakietowy, działający
na zasadzie „zimnego” rozkładu paliwa. W związku z powyższym KB-2 otrzymało 14
kwietnia 1948 r. rządowe polecenie opracowania „rakietowej
lotniczej torpedy morskiej" RAMT-1400 Szczuka
(szczupak).
Przy jej projektowaniu zespół D. Tomaszewicza
(kierowany potem przez M. Orłowa) wykorzystał szereg
rozwiązań, skopiowanych z rakiet niemieckich, np. głowica bojowa w postaci
wydłużonego stożka o masie ok. 630 kg ze specjalnym pierścieniem w części
przedniej odpowiadała konstrukcji niemieckich, doświadczalnych Hs-293C. Po
zderzeniu z wodą część bojowa oddzielała się od pocisku, na skutek działania złożonych
sił hydrodynamicznych poruszała się na podobieństwo torpedy i uderzała w cel
poniżej linii wodnej (na głębokości do 3 m), co potęgowało siłę i skuteczność
rażenia. Także niektóre komponenty wyposażenia pochodziły początkowo z
zapasów, wywiezionych z Niemiec. Natomiast układ
aerodynamiczny pocisku był zupełnie odmienny od rozwiązań niemieckich.
Zastosowano smukły, cylindryczny kadłub z silnikiem
wbudowanym w jego tylną część, krótkie trapezowe skrzydła o małej rozpiętości
i motylkowe usterzenie. Od samego początku planowano, na podobieństwo nie
zrealizowanych przez Niemców planów modernizacji Hs-293, zastosować naprowadzanie
z „radiolokacyjnym wizjerem”, ale trudności z jego opracowaniem
spowodowały, że pierwsze serie pocisków
miały otrzymać znacznie prostszy układ komendowy Peczora,
wzorowany na niemieckim Kehl-Strassburg
i działający na zasadzie „trzech punktów”. Próby w locie rozpoczęto już pod
koniec 1949 r., ale bez układu kierowania i z prymitywnym, pneumatycznym
autopilotem AP-19. Następne serie pocisków otrzymały autopilota elektrycznego i ... niemiecki układ kierowania radiokomendowego.
Próby zastąpienia go własnym rozwiązaniem - układem sterowania KRU -Szczuka, doprowadziły do serii niepowodzeń,
ale w 1952 r., podczas prób kolejnej serii rakiet na morskim poligonie koło
Teodozji, osiągnięto 65% trafień przy odległości odpalenia od 15 do 30 km. Po
raz kolejny potwierdziło się przy tym, że przy naprowadzaniu na cel metodą
„trzech punktów” trudno o skuteczne rażenie podwodnej części okrętu - trzeba bowiem było
doprowadzić do uderzenia pocisku w wodę pod kątem ok. 12° w odległości 60 m
przed celem (doświadczony operator uzyskał taki efekt tylko 2 razy na 15
prób). Dlatego uznano, że podstawową metodą ma być naprowadzanie rakiety na nadwodną
część kadłuba, co nie spowodowało jednak rezygnacji z
oryginalnej głowicy bojowej.
W tym samym czasie przeprowadzono aż 18 próbnych odpaleń przeciwokrętowego
samolotu-pocisku Sztorm z bombowca Pe-8.
Niektóre rozwiązania, wypróbowane podczas prac nad nim, znalazły zastosowanie
w późniejszych rakietach powietrze-woda. Chodzi tu o silnik startowy, częściowo
zagłębiony w dyszy silnika marszowego i telewizyjny
układ naprowadzania. Sztorm miał być jednak bronią ziemia-woda, a opracowujące
go od 1948 r. OKB-293 Bisnowata nie miało
wystarczającej „siły przebicia", aby wdrożyć swą, zupełnie zresztą udaną,
konstrukcję do produkcji seryjnej.
Podobny los spotkał także i Szczukę, a
głównym zarzutem wobec tej rakiety było poważne opóźnienie prac nad wersją naprowadzaną
radiolokacyjnie, której próby miały się według pierwotnego planu rozpocząć
jeszcze w 1949 r. Wprawdzie kierowaną komendowe Szczukę-A. w
postaci zmodernizowanej (z krótszym o 70 cm kadłubem, płytowymi stabilizatorami
na końcach skrzydeł i zmiejszonym do 35° kątem
rozchylenia stateczników) skierowano do produkcji seryjnej dla przeprowadzenia
prób wojskowych, a do jej przenoszenia przystosowano 12 bombowców Ił-28, ale
próby zmodernizowanej wersji wykazały zmniejszone prawdopodobieństwo trafienia.
Tymczasem przewidziany dla Szczuki-B „wizjer
radiolokacyjny" nie został ostatecznie dopracowany przez Nil-885 i
wojskowi pod koniec 1953 r. zdecydowali o zastąpieniu go przez znacznie
nowocześniejszy układ kombinowany. Pocisk, kierowany bezwładnościowo, miał
lotem ślizgowym zniżać
się na wysokość ok. 60 m, uruchamiać silnik marszowy i w odległości poniżej 20
km od celu przechodzić na aktywne naprowadzanie radiolokacyjne. Koncepcja
okazała się zbyt ambitna, jak na owe czasy i próby przeprowadzane w latach
1955-56 zakończyły się całkowitym fiaskiem, co spowodowało ostateczne
zamknięcie tematu RAMT-1400. Nie wszystkie jednak wysiłki poszły na marne,
gdyż na bazie Szczuki-B opracowano
wkrótce pierwszą radziecką kierowaną rakietę woda-woda KSSzcz.
Do niepowodzenia programów Szczuka i Sztorm
przyczynił się niewątpliwie także fakt, że nad skrzydlatymi pociskami przeciwokrętowymi od 1947 r. pracowało również SB-1
ministerstwa przemysłu lotniczego. Na jego czele stał Sergo
Beria, syn wszechmocnego szefa NKWD.
Dzięki temu biuro miało absolutny priorytet w
każdej sprawie. Gdy okazało się, że przewidziany pierwotnie jako komponent
nowego systemu pocisk 14-ChK Czełomieja z
pulsacyjnymi silnikami D-7 nie spełni stawianych wymagań, do prac włączono
niezwłocznie (2 sierpnia 1948 r.) OKB-155, czyli sławne już wtedy biuro Mikojana i Guriewicza. Ten
ostatni był zresztą głównym konstruktorem „wyrobu K”, podczas gdy za cały
kompleks odpowiadało biuro SB-1. Pierwsza konfiguracja pocisku KS-1 Kometa z
1948 r. bazowała na rozwiązaniach MiGa-9, ale już na etapie analiz
teoretycznych uznano ją za nieudaną, a jako punkt wyjścia wybrano kształty
nowocześniejszego MiGa-15. Ponieważ samolot-pocisk miał być prawie o połowę
lżejszy od swego myśliwskiego odpowiednika, jako napęd zastosowano silnik
RD-500K o ciągu 14,6 kN, będący odmianą jednostki napędowej Jaka-23 o stałym ciągu i resursie tylko 10 h. Zapas paliwa
ograniczono początkowo do 165 kg (plus 110 kg oleju), ale dla uzyskania
zaplanowanego zasięgu trzeba go było zwiększyć do 3301. Nosicielem miał być
najnowszy wówczas bombowiec Tu-4 (a nie stosunkowo niewielki Tu-2), a rozmiary
pocisku umożliwiły zastosowanie najprostszej z możliwych metod prób w locie.
Zbudowano mianowicie cztery pociski w wersji załogowej (nosiły oznaczenia K-1
-K- 4) z kabiną pilota zamiast części bojowej, jednośladowym podwoziem i zwykłym,
a nie „kótkoresursowym” silnikiem o regulowanym
ciągu. Takie rozwiązanie, połączone z zastosowaniem wypróbowanej konfiguracji
aerodynamicznej, znacznie ułatwiło prace. Pierwszy raz K-1, pilotowany przez Amet Chan Sułtana wystartował z lotniska Nil WWS w Czkałowskim 4 stycznia 1951 r., przy lądowaniu osiągnął zawrotną
prędkość 420 km/h, a dobieg wyniósł prawie 4 km! Próbowano temu zaradzić,
instalując niewielkie klapy na skrzydłach, ale mimo tego prędkość lądowania
pozostała jak na owe czasy bardzo wysoka: 270-290 km/h. Okazało się, że mimo
pozornego podobieństwa do MiGa-15 samolot-pocisk ma szczególne cechy, do czego
przyczyniło się w znacznej mierze zastosowanie skrzydła o skosie zwiększonym
do 57,5°. Dopiero po zapoczątkowanych w maju 1951 r. 150 udanych zrzutach
pilotowanych samolotów „K”, konstruktorzy zdecydowali się na odpalenie
„prawdziwej” rakiety (przebudowanego K-4).
Wcześniej przeprowadzono ogromnie rozbudowane badania i testy aparatury
pokładowej Komety. Po próbach naziemnych radiolokator naprowadzania K-II
(zmodernizowany Kobalt z Tu-4) zainstalowano na samolocie Li-2, a
aparaturę odbiorczą, przeznaczoną dla pocisku (nosiła wtedy oznaczenie K-I) na drugiej maszynie tego typu.
Wraz z postępem prac stosowano coraz doskonalsze
latające laboratoria: rolę Komety zaczął w 1949 r. pełnić dwumiejscowy
M1G-9Ł („wyrób FK”), aparaturę naprowadzania przeniesiono na pokład Tu-4, a
anteny odbiorcze znalazły się ostatecznie na specjalnie przebudowanych
MiGach-17/SDK-5.
W maju 1952 r. przeprowadzono pierwszą próbę odpalenia KS-1 z pokładu Tu-4KS, ale zakończyła się ona niepowodzeniem. Wśród kolejnych
12 odpaleń było natomiast aż osiem trafień i 21 listopada 1952 r. dokonano
pierwszego odpalenia bojowego, zatapiając trafieniem bezpośrednim stary
krążownik Krasnyj Kawkaz,
a na początku następnego roku kompleks: Tu-4KS z rakietami KS-1 przyjęto do
uzbrojenia.
Zasady użycia nowego uzbrojenia były następujące. Po wykryciu
celu przez zamontowany w wysuwanej kopule pod kadłubem radar K-IIM (krążownik
można było śledzić z dystansu ponad 150 km) samolot zniżał się na wysokość 3-4 km, zmniejszał prędkość do
360 km/h, operator pocisku, zamknięty w hermetycznym kontenerze, podwieszonym
w luku bombowym, uruchamiał silnik rakiety i zwalniał zaczepy belki nośnej BD-Je. Po odpaleniu pocisk zniżał się najpierw o dobre 600
m, a następnie wchodził w wiązkę radaru pokładowego i rejestrując natężenie
sygnałów za pomocą anteny, zabudowanej w osłonie na szczycie statecznika
pionowego, podążał w osi wiązki w stronę celu, kierowany przez autopilota
APK-5W. Gdy zainstalowany w przedzie pocisku odbiornik K-IM zaczynał
rejestrować sygnały odbite od celu (a w zależności od jego wielkości
następowało to na dystansie od 20 do 10 km i wysokości ok. 200 m) pocisk
przełączał się na naprowadzanie półaktywne. Po
trafieniu w cel następowała eksplozja głowicy bojowej K-450, mieszczącej 500
kg materiału wybuchowego. Procedura przygotowania do odpalenia zajmowała dobrze
wyszkolonej załodze ok. 12 minut, lot do celu trwał do 5 min. W czasie całego ataku samolot-nosiciel musiał lecieć w
kierunku celu z prędkością ok. 350 km/h i w chwili trafienia był zwykle od
niego oddalony o ok. 40 km. Było to rozwiązanie dalekie od optimum, ale też i
prawdopodobieństwo trafienia należy uznać za wysokie - wynosiło ono średnio 80%
dla jednej rakiety (nie przewidywano równoczesnego ani sekwencyjnego
odpalania obu rakiet w jednym ataku). Pierwszy otrzymał nowe uzbrojenie
specjalnie w tym celu sformowany 124. pułk lotnictwa
morskiego dalekiego zasięgu bazujący w Gwardiejskom
na Krymie (12 Tu-4KS), który nie tylko intensywnie się szkolił (w 1956 r.
odpalono 42 rakiety), ale i wypracowywał metodologię ich użycia oraz szkolenia.
Ze względu na niewysokie, jak na ówczesne wymagania, osiągi zbudowano tylko
ok. 50 samolotów Tu-4KS.
Tymczasem już w 1954 r. rozpoczęto próby nowego nosiciela -
odrzutowego Tu-16KS z radarem Kobalt-N w wysuwanej z komory bombowej kopule, stanowiskiem operatora w kontenerze,
podwieszanym, podobnie jak w Tu-4, w tejże komorze oraz dwiema belkami BD-187 pod skrzydłami, na których były przenoszone
nieznacznie zmodernizowane pociski KS-1. Prace nad mikojanowskimi
pociskami skrzydlatymi koncentrowały się już wtedy w utworzonym jesienią 1951
r. biurze konstrukcyjnym przy zakładzie nr 256 produkującym Komety - filii
OKB w Iwańkowie (przemianowanym później na Dubnę), kierowanej przez A. Bieriezniaka
(od 1966 r. MKB Radugd). Tam też w
latach 1956-57 udoskonalono KS-1: zasięg wzrósł do 140 km, zastosowano nowszą
głowicę bojową 4G-52, a dla ułatwienia składowania i obsługi naziemnej rakiety
zaopatrzono w składane u swej nasady skrzydła. Zastosowanie nowego nosiciela
pozwoliło zwiększyć dopuszczalny pułap odpalenia do 5000 m, a prędkość do 420 km/h. Nowy kompleks został
przyjęty do uzbrojenia w 1955 r., produkcję seryjną zainicjowano dwa lata
później, a w następnym roku rozpoczęto formowanie kolejnych pułków, także w
lotnictwie Floty Północnej i Oceanu Spokojnego (w sumie utworzono jch pięć z ok. 90 Tu-16KS, których łącznie wyprodukowano
107, z czego z czasem 40 wyeksportowano). O intensywności szkolenia może
świadczyć ilość odpaleń - w 1958 r. było ich 124! Doskonalono przy tym taktykę
działania - w 1958 r. wypróbowano możliwość naprowadzania w jednej wiązce do 3
rakiet, odpalanych przez lecące jeden za drugim samoloty. Eksperymentalnie
odpalono też jednocześnie 6 rakiet na ten sam cel przy zachowaniu kątowej
odległości między nosicielami ponad 20° i nie stwierdzono wzajemnego
zakłócania się wiązek prowadzących. Zakres dopuszczalnych wysokości zrzutu
rozszerzono na od 2000 do 7000 m.
Kompleks przeciwokrętowy Kometa był doskonałym sprzętem dla
wypracowania nowych sposobów walki, ale miał szereg istotnych niedostatków.
Projektowany dla powolnego nosiciela znacznie ograniczał możliwości
zastosowanego później Tu-16 (prędkość, pułap odpalenia). Jeśli nosiciel
atakował z dużego pułapu, zbliżał się w trakcie naprowadzania do celu na odległość
ok. 20 km, nie mogąc w tym czasie manewrować, co czyniło go idealnym celem.
Rakieta leciała po linii prostej z prędkością mniejszą od ówczesnych amerykańskich
myśliwców pokładowych, na wysokości ułatwiającej jej wykrycie i zniszczenie.
Bardzo ograniczone były możliwości równoczesnego rażenia celu przez kilka
rakiet, a ich system naprowadzania był podatny na zakłócenia. Trudno więc dziwić się dowództwu WMF, że już w połowie lat
50. sformułowało nowy zestaw wymagań wobec rakiet
powietrze-woda.
Postęp w zakresie technologii rakietowych był w owym czasie bardzo szybki i
wobec nowych możliwości uznano proponowaną przez zespół A.Bierieznia-ka
dalszą, stopniową modernizację KS-1 za niecelową. Zamiast tego podjęto prace
nad nowymi lotniczymi rakietami przeciwokrętowymi. W
tym samym OKB-155, a dokładniej w filii w Dubnie i
ośrodku macierzystym w Moskwie prawie równocześnie realizowano dwie koncepcje.
Pierwsza, wybrana przez Guriewicza, polegała na
stworzeniu pocisku z napędem turboodrzutowym, czyli takim samym jak stosowany
w KS-1, ale o wyraźnie wyższych osiągach. Druga miała opierać się na
zastosowaniu napędu rakietowego.
Odpowiedzią OKB-155 i KB-1 (dawne SB-1, po usunięciu S. Berii kierowane przez S. Władymirowa)
na postanowienia rządu z 30 lutego i 16 listopada 1955 r. był kompleks K-10,
nazywany początkowo Kometa-W, a potem Ługa.
Z ramienia pierwszej firmy pracami kierował M. Guriewicz,
drugiej - S. Matwiejewski. W prace został także
włączony kolektyw KB Tupolewa, gdyż przewidywano, że
nowy kompleks będzie wymagał poważnych zmian w konstrukcji nosiciela. Nowa
stacja naprowadzania typu JeN („wyrób 020”),
zapewniająca śledzenie celu z odległości ok. 250 km, była na tyle duża, że
umieszczenie jej pod kadłubem Tu-16 nie wchodziło w rachubę. Dlatego opracowano
dla niej potężną osłonę dielektryczną w przedzie samolotu, w miejscu przeszklonego
nosa i stanowiska nawigatora, która zwiększyła długość maszyny, nazwanej
Tu-16K-10 lub „wyrób NK-1” o 1,4 m. Antenę „kanału rakiety” zlokalizowano w opływce pod przednią częścią kadłuba, a operator uzbrojenia
był nadal zamykany w kontenerze, wmontowanym w komorę bombową. Dla
podwieszenia pocisku opracowano nową belkę BD-238 i wydłużono komorę bombową,
demontując kadłubowy zbiornik paliwa nr.3. Zamiast niego w komorze znalazł się
dodatkowy zbiornik paliwa rakietowego o pojemności 5001. Dla zasilania
wzbogaconej aparatury pokładowej zainstalowano nowe generatory i wymieniono
znaczną część instalacji. Powstał w ten sposób Tu-16K-10, oblatany
w 1958 r. Produkcję samolotów tej wersji podjęły rok później zakłady w
Kujbyszewie, a potem w Kazaniu. Łączna produkcja wyniosła 173 sztuki.
Nowa rakieta miała skośne skrzydła o kącie 55° i powierzchni 7,0 m2.
Płytowe usterzenie poziome miało kąt 56° i rozpiętość 1800 mm, na stateczniku
pionowym o podobnym kącie znajdował się ruchomy ster kierunku. Zarówno
skrzydła, jak i usterzenie pionowe były składane. Silnik M-9FK, przeznaczona do
pracy przez ograniczony czas odmiana turbiny RD-9B z MiGa-19, został umieszczony
w cylindrycznej gondoli pod kadłubem, a pierścieniowy wlot powietrza z
nieruchomym stożkiem był do momentu uruchomienia silnika osłonięty
aerodynamiczną pokrywą. Zapas 780 kg paliwa rozmieszczono w zbiornikach w
kadłubie pocisku. W celu zmniejszenia masy konstrukcji zastosowano na sporą
skalę stopy magnezu.
W przedzie kadłuba rakiety zainstalowano radiolokacyjną głowicę
samonaprowadzającą JeS-2 o zasięgu do 20 km oraz głowicę bojową FK-10 lub FK-1M
o masie 940 kg (druga z nich służyła do rażenia podwodnej części celu). W
odróżnieniu od Komety nowy pocisk mógł być także uzbrojony w głowicę
atomową o ekwiwalencie trotylowym 60 kT. W tyle kadłuba ulokowano odbiornik JeS-2 przyjmujący i przetwarzający zakodowane komendy z samolotu-nosiciela,
a przed nim autopilotaJeS-3.
Podobnie jak w przypadku wcześniejszych rakiet, próby zaczęto od testów
komponentów na innych statkach powietrznych. Użyto w tym celu specjalnie
przebudowanego Li-2 z silnie wydłużonym przodem kadłuba, pary MiGów-19SDK, a
nawet śmigłowca Mi-4 z zainstalowaną głowicą JeS-2. Próby rakiety K-10
rozpoczęto 28 maja 1958 r., ale na 17 odpaleń tylko 6 było udanych.
Stwierdzono przy tym zawodne działanie wszystkich komponentów systemu
naprowadzania, niestabilną pracę silnika, słabą stateczność pocisku oraz
zupełnie niezadowalającą rozdzielczość głowicy
samonaprowadzania, a nawet niewystarczającą skuteczność głowicy bojowej. W
wyniku prób pocisk poddano szeregowi zmian - udoskonalono elektronikę, głowicę
bojową umieszczono bezpośrednio za radiolokatorem, prostopadły do osi silnika
wlot powietrza zastąpiono podciętym, zmieniono kąty wychylenia lotek itd.
Udoskonalony pocisk pod oznaczeniem K-10S skierowano na dalsze testy w 1959
r., w 1960 r. miało miejsce 25 prób, w tym w ramach prób wojskowych pierwszych
5 rakiet odpalili lotnicy Floty Północnej. Dokument o przyjęciu kompleksu do
uzbrojenia podpisano dopiero 12 sierpnia 1961 r. określając w nim, że rakieta
jest przeznaczona do zwalczania okrętów o wyporności powyżej 8 tysięcy ton (nie
z racji swej mocy, ale z powodu zbyt słabej rozdzielczości głowicy
naprowadzającej, która nie gwarantowała wtedy uchwycenia mniejszych celów),
choć w tym roku tylko połowa odpalonych rakiet trafiła w cel. Nowa broń miała
wysoki priorytet - w ciągu roku w nowy kompleks uzbrojono aż 7 pułków, mimo iż
cena jednego pocisku była wysoka - porównywalna z ceną ówczesnego podstawowego
myśliwca MiG-17. W 1962 r. wystrzelono rekordową ilość K-10, bo aż 147, spośród
nich jedna posłużyła do jedynej próby głowicy atomowej. Miało to miejsce na Nowej Ziemi 22 sierpnia 1962
r. Z czasem niezawodność rakiet, produkowanych w Tbilisi, znacznie wzrosła, a
średnie prawdopodobieństwo trafienia oscylowało od 1964 r. wokół 90%.
Kompleks K-10 miał przy tym istotne zalety i znacznie przewyższał KS-1.
Rakieta osiągała prędkość 2030 km/h, miała zasięg 180 km, a trajektoria jej
lotu utrudniała przechwycenie przez środki przeciwlotnicze. Na dodatek
istniała możliwość atakowania jednego celu salwą nawet 18 pocisków. Procedura
ataku była następująca. Po wykryciu celu przez radiolokator JeN
samolot kierował się w jego stronę. Gdy uzyskiwano stabilne automatyczne
śledzenie obiektu ataku, belka z rakietą była wysuwana z komory bombowej,
uruchamiano silnik pocisku i następował zrzut. Rakieta zniżała się o ok. 1000
m, wyprzedzała samolot, operator wprowadzał ją w wiązkę prowadzącą, po czym
K-10S kontynuowała lot na zadanej wysokości od 5 do 11 km. Korekta kursu
następowała od 70 sekundy lotu za pomocą
sygnałów z samolotu. W odległości 105 km od celu pocisk zaczynał się zniżać pod
kątem ok. 15° do pułapu poniżej 1000 m, a po uchwyceniu celu przez głowicę
samonaprowadzającą nurkował pod kątem ok. 30°. Już po pierwszych 100 s lotu
rakiety nosiciel mógł rozpocząć manewr, odchylając się od osi ataku o 80° (na
tyle pozwalały maksymalne wychylenia przegubów anten radarów).
Niekorzystny był natomiast wpływ podwieszenia rakiety na osiągi
nosiciela: zasięg zmalał o 1000 km, rozbieg zwiększył się o 50%, o 100 km/h
zmalała prędkość przelotowa. Z tego powodu, już w stadium teoretycznych
rozważań, zrezygnowano z opracowania pocisku K-10P z nowym silnikiem KR-5-26 o
ciągu 39 kN, gwarantującym prędkość 3000 km/h i zasięg 300 km, przeznaczonego
dla naddźwiękowe-go bombowca „105” (później nazwanego Tu-22). Postanowiono
natomiast dalej doskonalić
rakietę K-1 OS i w tym celu powołano „Specjalne biuro konstrukcyjno-technologiczne”
- SKTB, grupujące konstruktorów z OKB, ekspertów z ośrodków doświadczalnych i
inżynierów z lotnictwa marynarki. Do prac włączył się także potężny instytut GosNIIAS. W wyniku wieloetapowych działań zasięg rakiety
zwiększono najpierw do 220, a ostatecznie do 325 km (wersje SD i SN z 1966
r.), znacznie zwiększono maksymalny pułap lotu pocisku (SDW z 1971 r.), minimalną
wysokość odpalenia zredukowano z 5000 do 600 m, pułap lotu rakiety przed celem
z 1200 do 600 m. Wprowadzone zmiany były tak znaczące, że wydzielono w
dokumentacji kompleks K-10D, złożony z Tu-16K-10D i rakiety K-10SD. W latach
1971-79 opracowano kompleks Tul6K-10P z rakietą K-10SP wyposażoną zamiast
głowicy bojowej w aparaturę walki radioelektronicznej Azalia. Dzięki
niej fala atakujących K-1 OS mogła być osłaniana elektronicznie przed środkami
rozpoznania, co istotnie podnosiło szansę powodzenia ataku. Zmieniono również bazę elementową radaru JeN,
a jego zasięg wzrósł do 450 km. Systematycznie racjonalizowano także obsługę
kompleksu. Na przykład dla uzbrojenia 16 samolotów potrzeba było początkowo
pracy 172 ludzi przez 12,5 godziny, a później „tylko” 130 ludzi przez 6 h.
Kompleks Tu-16K-10D przetrwał w czynnej służbie rekordowo długo, bo aż do
spisania samolotów Tu-16 w 1994 r. W ostatnich latach eksploatacji przewidziano
dla niego podobno szczególną rolę - odpalone salwą rakiety ze specjalnym
wyposażeniem dodatkowym miały imitować atak formacji Tu-22M i odwracać uwagę
przeciwnika od prawdziwego zagrożenia. Kompleks nie doczekał się natomiast
przystosowania do przenoszenia przez inne nosiciele. Najpierw zrezygnowano z
jego wersji dla Tu-22, a rozpoczęte w lipcu 1958 r. prace nad przekształceniem
Tu-95K w Tu-95K-10 z 4 rakietami K-10S pod skrzydłami nie zostały nawet
doprowadzone do stadium prób prototypu, gdyż wstępne obliczenia wykazały, że
ważące 181 uzbrojenie spowoduje swym oporem aerodynamicznym znaczny spadek
zasięgu i prędkości lotu nosiciela, a wymiana istniejących instalacji na niezbędne
dla K-10 będzie trudna i kosztowna.
Znacznie gorzej powiodło się dwóm innym rakietom przeciwokrętowym,
których projektowanie rozpoczęto prawie równolegle z K-10. Pocisk K-12BS miał
„korzenie" w opracowaniu GSNn 642 (dawnym KB-2,
twórcy rakiet Szczuka), które od 1956
roku zajmowało się konstruowaniem stosunkowo lekkiej (do 1,5 t) rakiety
kierowanej dla samolotów wielkości Iła-28. Od 1959 r. projekt był kontynuowany
przez taganrogski zespół Beriewa
- rakieta miała stanowić uzbrojenie odrzutowych łodzi latających Be-lON, przeznaczonych do atakowania okrętów na obszarach,
niedostępnych dla lotnictwa bazowania lądowego, dzięki uzupełnianiu paliwa z
okrętów podwodnych (!). Decyzja o opracowaniu rakiety przez biuro Beriewa nie była awanturnictwem technicznym - wcześniej ta
sama firma opracowała i wypróbowała w 1957 r. udaną skrzydlatą rakietę P-10
dla okrętów podwodnych. K-12BS miał osiągać zasięg 100 km, przenosił głowicę o
masie 350 kg i współpracował z samolotowym radarem Szpil. Na dodatek
pocisk miał szereg bardzo perspektywicznych rozwiązań: długi i smukły,
zaopatrzony w trójkątne skrzydła o małej rozpiętości był napędzany przez
silnik rakietowy S2.722W konstrukcji Isajewą na
ciekły materiał pędny. Mimo iż prace postępowały planowo, zmieniające się
realia walki na morzu położyły kres programowi budowy odrzutowej łodzi
latającej- uchwała rządowa w tej sprawie została podjęta 12 sierpnia 1960 r.
Drugim, niezrealizowanym planem była rakieta K-14, opracowywana, zgodnie z
postanowieniem z 22 sierpnia 1959 r., dla morskiej wersji strategicznego
bombowca 3MD. Pocisk pierwotnie bazował na konfiguracji K-10S, różniąc się od
niej zasięgiem (od początku jako minimum zakładano 350 km) i sposobem
naprowadzania (miał mieć głowicę samonaprowadzającą o zasięgu równym
maksymalnemu zasięgowi lotu). Ewolucję projektu i próby lotne wstrzymano 5 lutego
1960 r. w związku z rozwiązaniem KB Miasiszczewa i
rezygnacją z tworzenia nowych wersji samolotu 3M.